Powiedzenie „szefc bez butów chodzi” można odnieść do architekta, który ma wiecznie remont 😉 Oczywiście nie tak do końca, bo są okresy gdy cieszy się nowym wystrojem, jednak nie trwają one długo. Kiedy w wyniku staliśmy się właścicielami kilkunastoletniej kuchni, od razu postanowiłam ją trochę zmodyfikować. Najprościej byłoby wszystko wyrzucić i zamówić nową, idealnie dopasowaną do naszych potrzeb. Najprościej ale nie najtaniej i zdecydowanie nie „less waste”. Bo ta kuchnia (jak na złość) była w całkiem dobrym stanie technicznym. Poza kolorem i stylistyką mogłam się tylko przyczepić do kilku nieergonomicznych rozwiązań jak np zlew i wysoki barek, z którego nie korzystaliśmy. Przemyślałam i zaplanowałam zmiany, podzielone na etapy. W pierwszej kolejności zaplanowałam odchudzenie kuchni z nadmiaru szafek i otwartych półek. Zaczęłam od zrobienia zdjęć, bo te nadmiarowe szafki chciałam sprzedać komuś oddać.

Macie tak czasem, że chcecie tylko coś przestawić, coś sprawdzić a robi się z tego remont? U nas cały proces zaczął się niewinnie – zdjęłam po prostu dwie szafki, żeby zobaczyć jak wygląda ściana za nimi. I otworzyłam puszkę Pandory… Kupiec znalazł się błyskawicznie i już tych szafek nie powiesiłam. Za szafkami była ściana w poprzednim kolorze, więc chciałam tylko przemalować na aktualny kolor. Niestety za szafkami były fragmenty kafelków, które tworzyły dziwny wzór na ścianie. Wtedy wkroczył mój mąż, odkuł kafelki najpierw tylko z jednej strony, potem kolejne potem przy oknie i … zakończyło się to tynkowaniem i malowaniem całej kuchni. Udało się też przewiesić szafki w prostszym układzie, po jednej stronie kuchni, dzięki czemu odkryliśmy że mamy ładny okap – pochłaniacz ze stali nierdzewnej. Kusiło mnie oczywiście, żeby całkiem zrezygnować z górnych szafek i zamienić je na jedną długą otwartą kuchnię. Postawiłam jednak na rozwiązanie less waste i łatwiejsze utrzymanie porządku, w szafkach talerze i szklanki mniej się kurzą.  Zdemontowaliśmy też wysoki barek i karnisz.
Na tym zakończył się pierwszy etap. Kolejny jest w fazie decyzji. Przede wszystkim chciałabym wymienić zlew – bo ten w narożniku jest źle zamontowany i wymusza nienaturalną pozycję. Po kilku minutach myciu warzyw i owoców, czy przygotowywaniu potraw i ręcznym myciu niektórych rzeczy, boli kręgosłup. Na szczęście jest zmywarka, która oszczędza wodę, mój kręgosłup i dłonie. Wymiana zlewozmywaka pociągnie wymianę blatu, który akurat ma niezły kolor, ale obrzeża i łączniki są straszne. Niestety tu nie widzę innego zastosowania dla nich, są powyginane i plastikowe. Mam nadzieję, że chociaż nadają się do recyklingu. Zdemontowany blat wykorzystamy w piwnicy lub do prac na zewnątrz. On na pewno się nie zmarnuje!
Co mnie powstrzymuje przed dalszym działaniem? Brak czasu i najgorszy brak decyzji. Pisałam już o szefcu, to jest jeszcze drugie powiedzenie, że najtrudniej projektuje się dla siebie. Mam kilka wersji kolorystycznych dla tej kuchni i jak w końcu wybiorę, to wystarczy impuls i metamorfoza kuchni potoczy się dalej. Jeśli chodzi o zabudowę kuchenną, to nie chcę jej ruszać, rozważam jedynie wymianę lub malowanie frontów (less waste).
W przypadku samodzielnego malowania poczekamy do wiosny – bo malowanie w domu przy dwójce dzieci nie wchodzi w grę. Do tego czasu powinnam już wybrać kolor. Pozostaje kwestia kafli. Nie podobają mi się, ale nie są też tragiczne, mam dwa wyjścia: zaakceptować je lub pomalować specjalną farbą. Wybiorę rozwiązanie less waste – pokocham je i tak dobiorę kolory, żeby współgrały z kolorem kafli a równocześnie przez detale, np uchwyty piękne uchwyty do szafek odwrócę od nich uwagę.

 

 

1 comment

  1. Pingback: Metamorfoza czy remont? | kasiakruszenko.pl